Film

Dzisiaj do kin wchodzi…

Dzisiaj do kin wchodzi nominowany do czterech Oscarów (Film, Aktor pierwszoplanowy, Scenariusz adaptowany, Piosenka) film w reżyserii Luki Guadagniniego – Tamte dni, tamte noce („Call Me By Your Name”). Z tej okazji pozwolę sobie przypomnieć moją recenzję sprzed trzech miesięcy, wraz z erratą na końcu jak oceniam ten film po czasie.
Gwoli zachęty: idę na niego dzisiaj czwarty raz.
#dziesiatamuza #film #kino #lgbt #oscary2018 „Nazywaj mnie swoim imieniem, a ja Ciebie będę nazywać moim.”
Chyba większości ludzi tak się zdarzyło, iść ulicą i jedno przypadkowe zdarzenie, coś zupełnie losowego, jak dźwięk z niczym szczególnym niezwiązany albo zapach, o tak, w moim przypadku wyjątkowo zapach, potrafi przywołać wspomnienia sprzed lat. Wspomnienia, ale czasami nawet nie konkretne wydarzenia a emocje jakie nam wtedy towarzyszyły, a idąc o krok dalej nawet – nastrój, atmosferę stanu dawnego.
Gdyby zamknąć go w ramach jednego zapachu, flakonik opatrzony tytułem „Call Me By Your Name” pachniałby jak ostatni dzień beztroskiego lata, podczas którego przez większość czasu nie robiło się nic poza odpoczynkiem, a dopiero gdy jego kres był już na horyzoncie nastąpowała kulminacja zdarzeń które wypalały się w pamięci, lata wieku dojrzewania kiedy świat tak jak my sami był niezbadany, nieodkryty, dziewiczy, a przez to ciekawszy, smaczniejszy i zwyczajnie lepszy, lata spędzanego na wsi w sielankowej atmosferze inności i powolnego stylu życia.
Byłby też zapachem, którego delikatna słodkawo-kawowa woń byłaby w stanie doprowadzić mnie do łez.”Call Me By Your Name” jest jednym z najpiękniejszych filmów jakie przyszło mi obejrzeć. W życiu.
Oskarżcie mnie o recenzencką egzaltację, a nawet nie podejmę tej walki bo to chyba prawda – zdarzyło mi się w ostatnich miesiącach kreować osądy skrajne, w zeszłym roku La La Land, w tym aż A Ghost Story, Blade Runner 2049, a teraz ten. Jednak łączy te filmy wspólna cecha, że wychodząc z kina czułem się odmienną osobą, niż gdy siadałem w kinowym fotelu. Nie tyle chwilową zmianę, jak poprawa nastroju, zabicie nudy, ale elementarne przejście w inny stan. W przypadku tego filmu, spotkało mnie pewnego rodzaju katharsis, które sprawiło emocjonalny reset w mojej głowie i sercu.To sfera subiektywna, ale na szczeblu uniwersalnym, odbierania przez każdego widza ten film też się broni.
Nie skłamałem z tym latem. Film opowiada o końcówce pewnego upalnego lata we Włoszech na początku lat 80. I klimat tamtego miejsca i tamtych czasów jest wyczuwalny od pierwszej sceny i trzyma do samego końca, ale robi to w sposób nietypowy, bo zachowuje swój uniwersalizm – widz nie potrzebuje przypomnienia co chwila „spójrz, to lata 80.” bo nie wnosi to nic do film – dla nieuważnego widza, ten film równie dobrze mógłby się dziać 30 lat wcześniej, albo 30 lat później, jest tak dobrze nakręcony. I to nie tylko paleta pastelowych barw, wiejskich plenerów, czy fikuśnych strojów, to także bardzo charakterystyczna i minimalistyczna ścieżka dźwiękowa – piosenki autorskie od Sufjana Stevensa, tak urokliwe i melancholijne w swojej naiwności, ale też fortepianowy instrumental, który choć jest kolażem dzieł znanych i mniej znanych jest spójny jak mało co. Urzeka też historia.
Ponieważ w swojej esencji mamy do czynienia z historią miłosną w okresie dojrzewania. Kropka. Coming of age love story, to jeden z najprostszych i najchętniej wykorzystywanych zalążków opowieści i ten film jest dokładnie tym. Serio. Tylko tyle i aż tyle. Oczywiście na pewno w szerokiej dyskusji o tym filmie nacisk zostanie położony na fakt, że jest to gejowska historia o miłości, ale skupianie się na tym aspekcie jest bardzo ignoranckim podejściem. Nie jest to Moonlight, a pierwszą osobę używającej takiego przeskoku myślowego, że jest to zeszłoroczny oscarbait dla białych będę bił po twarzy, tym bardziej nie jest to też ordynarne Życie Adele sprzed czterech lat. W tej opowieści płeć kochanków może być absolutnie dowolna w różnych konfiguracjach (choć element delikatnego tabu jest wskazany) i nie wpłynie to w żaden sposób na wymowę tego filmu, to dalej będzie opowieść o najczystszej, najbardziej niewinnej z miłości. taa to niby dlaczego znowu promują tych gejów, w dodatku żydzi nooo
Nie wiem, nie zastanawiałem się, nie mam pojęcia. Jeśli tylko po to aby wprawić w obrzydzenie homofobów, to nawet popieram, już dwie osoby z grona znajomych wyrzuciłem.
Historia, która jest wyważona. Ma naturszczykowe dialogi, gdy to potrzebne i zawiłe monologi gdy zachodzi taka konieczność. Film jest delikatny, ale nie boi się uciec do wulgarności rodem z American Pie, tylko po to aby po chwili zaskoczyć widza wyjątkową wrażliwością. Nie żartuję, jestem fanem zachowywania decorum w kinie (a przynajmniej, niewrzucania takich rzeczy tylko w imię wrzucania, Życie Adele i sceny z porno wspominam z przewracaniem oczami) i gdy pojawiła się pewna, aż nazbyt graficzna scena ten film wyrwał mnie z estetycznego amoku i niemalże zniszczył idylliczną otoczką jaką wokół tego filmu sobie budowałem. Ale zrobił to świadomie, aby w następnej scenie usprawiedliwić to i wpędzić w widza w zakłopotanie, żę jak mógł wątpić w brak pomyślunku. To wszystko jest wsparte wspaniałym aktorstwem. Timothée Chalamet, znany z Homeland czy Interstellar nawet nie tyle daje radę, co daje popis naprawdę dorosłego aktorstwa, a Arnie Hammer – bezcharyzmiak #1 Hollywood, znajduje dla siebie idelaną rolę, w której może wykorzystać swoje atuty. Ale największą gwiazdą jest tutaj Michael Stuhlbarg, który nie jedną osobę zaskoczy. Jego fanem jestem od Zakazanego Imperium i zawsze milej oceniam film z jego udziałem, ale tutaj dał popis. Pokazuje jak powinno się robić role drugoplanowe – błyszczy gdzieś tam na drugim planie, gdy się pojawia jest zauważalny, a gdy pojawia się jego moment by skraść serca, robi to kurwa idealnie i zasługuje na Oscara w tej kategorii (Oscara oczywiście nie dostanie bo nie dostał nawet nominacji i jest to bezapelacyjnie największe zaniechanie tego roku). Jest jak dobra przyprawa, która nadaje potrawie charakter, ale nie zmienia jej smaku ani jej nie dominuje, wydobywa z niej to co najlepsze.
Ten film osiąga sukces na jeszcze jednym polu. Nie ma się do czego przyczepić. Niby proste, ale przecież zawsze można się do czegoś przyczepić. Ale idziemy o krok dalej. Wszystkie aspekty tego filmu reprezentują równy, mistrzowski poziom. Bardzo, ale to bardzo niewiele jest filmów w historii kina o których mógłbym to powiedzieć, wiele moich ukochanych filmów nie przeszłoby tej kategorii. Nie da się powiedzieć „ej, co jest największą siłą tego filmu?”, bo ciężko byłoby się zdecydować co tak naprawdę się wybija. To tak jak z Ojcem Chrzestnym, że możesz się kłócić, że wybitne aktorstwo, ale potem przypominasz sobie o mistrzowskiej muzyce, inspirujących zdjęciach, o tych wspaniałych kostiumach i tak dalej i tak dalej.
A wiecie co świadczy o prawdziwym kunszcie tego filmu? Polski tytuł. Wszak tytuł „Call Me By Your Name”, jest w istocie nieprzetłumaczalny dosłownie na polski (a jest to cytat z filmu który zawarłem na początku, jest on niezgrabny). Z kolei tłumacz za przyzwoleniem Barańczaka zastosował 100% poezji, a 0% wierności, bo po polsku film nazywa się Tamte dni, tamte noce. I ja to kupuję, ponieważ oddaje charakter tego filmu w całości. Bo przecież kto z nas, słysząc o tamtych dniach i tamtych nocach nie wspomina z rozrzewnieniem tamtych czasów, kiedy życie było beztroskie i smakowało jak nigdy później?
–Addendum:
Obejrzałem ten film już trzy razy polując na niego przy okazji różnych przedpremier. Za każdym razem wierząc, że z kolejnym obejrzeniem będzie podobał mi się mniej. Jest wprost przeciwnie. Urzeka każdy element i nie mogę przestać o tym filmie myśleć. To bez dwóch zdań najlepszy film 2017 roku, roku którego poziom i tak był cholernie mocno wyśrubowany w górę. Ale tutaj mówimy o filmie, który z automatu wręcz staje się klasykiem, obrazem definiującym dekadę w której powstaje.
Zróbcie sobie tę przysługę i obejrzyjcie ten film w kinie. Naprawdę warto.

Powered by WPeMatico